czwartek, 19 listopada 2015

#48 "Epilog"

Uwaga!
To już ostatni rozdział z tej części :) Na kolejne rozdziały zapraszam w przyszłym roku! 
Dodatkowo serdecznie zapraszam na mój blog autorski, gdzie dowiecie się co u mnie słychać, co myślę, czuję i przeżywam. Wczoraj dodałam krótką notkę odnośnie Belfra, dzisiaj dodam nieco inny wpis, ale dopiero w godzinach wieczornych. 


Dziękuję wszystkim za czytanie, komentowanie i przeżywanie razem ze mną tej historii. Jesteście wielcy! 

Gdańsk jest pięknym miastem. W sumie byłam tutaj tylko dwa razy – jako mała dziewczynka i krótko po przyjeździe z mamą do Polski. Wybrałyśmy się wtedy na taki „tygodniowy urlop” i spędziłyśmy cudowny czas, spacerując po plaży, zwiedzając miasto i szukając atrakcji. Nigdy jednak nie myślałam o tym miejscu jako moim domu. W sumie gdyby nie upartość matki Teresy to nalegałabym na przeprowadzkę gdzie indziej, ale cóż... walczyć z Teresą to tak jakby walczyć z wiatrakami.
Od śmierci Melki, Arka oraz Roberta minęły dwa miesiące. Dwa długie miesiące, w których przeniosłam się na północ kraju, zmieniłam szkołę i jakoś wróciłam do normalnego życia. No prawie. Mama nie dała się przekonać, że ze mną jest wszystko w porządku i co tydzień musiałam chodzić na sesje terapeutyczne do pani psycholog Dominiki Urban. Tak naprawdę to czułam się całkowicie dobrze i te rozmowy nie były mi do niczego potrzebne, aczkolwiek nie chciałam sprawiać przykrości mamie. Ona i tak wiele poświęciła przez moją cholerną miłość, straciła świetną posadę i teraz pracowała jako wykładowczyni na Uniwersytecie Medycznym. Co prawda nigdy mi tego nie mówiła, ale doskonale słyszałam jak wieczorami dzwoni do różnych, wpływowych ludzi, powołując się na jeszcze innych wpływowych ludzi i szuka w ten sposób dodatkowej pracy, zapewne w jakimś szpitalu albo klinice. Bywały dni kiedy naprawdę czułam się żałośnie z tego powodu. Wiedziałam, że jestem przyczyną jej wszystkich nieszczęść i nie miałam pojęcia jak jej to wynagrodzić.
Co do Sary. Rodzice mojej przyjaciółki urządzili jeden pogrzeb, podczas którego pożegnali zarówno córeczkę jak i Arka. Uznali, że dziewczynka szalała za chłopakiem i nawet jeśli to z jego winy Amelia nie żyje, zasługuje on na godny pochówek. Oczywiście z początku Sara się buntowała, nie chciała nawet słyszeć o łączonej uroczystości, ale w końcu się poddała. Przez dwa tygodnie nie wychodziła z domu, non stop płakała, cierpiała i wyrzucała swoje żale, ale w końcu otrząsnęła się z tego wszystkiego. Dzisiaj była już niemal tą samą Sarą, którą pamiętałam, kochałam i chciałam znać. Prawie, bo coraz bardziej rósł jej brzuch i coraz bardziej na ten fakt narzekała.
Jednak Was zapewne bardziej interesuje co ze śledztwem i jak się wykaraskałam z morderstwa. Okazuje się, że głupi ma zawsze szczęście, lub plan Roberta był tak doskonale przygotowany. Policja uznała moje zeznania za wiarygodne, uwierzyli w działanie w obronie koniecznej i śledztwo przeciwko mnie zostało umorzone. Opowiedziałam o moim związku z nauczycielem, zrelacjonowałam jego zachowanie, a za powód naszej szarpaniny podałam fakt, iż Robert chciał mnie zmusić do odwołania wszystkiego, co powiedziałam przed kuratorium. Że niby mu na pracy zależało, a mnie uznawał za największą pomyłkę swojego życia. Nie powiem... dziwnie się czułam zeznając te wszystkie bzdury, ale wiedziałam, że on by tego chciał. W końcu zrobił wszystko abym wyszła z tego obronną ręką i byłam mu za to wdzięczna. Też poniosłam pewną karę, przeniosłam się do innego miasta, zmieniłam szkołę, ale odczułam wielką ulgę. W reszcie mogłam zacząć normalne życie, jak inni nastolatkowie.

Z mamą przeniosłyśmy się do dwupoziomowego mieszkania jakieś tysiąc metrów od plaży. Mieszkałyśmy na pierwszym piętrze, zaraz obok młodego małżeństwa z dwójką rozkrzyczanych, rozpieszczonych dzieciaków. On był ponoć jakimś budowlańcem, ona to zatwardziała kura domowa. Nasza kwatera była raczej... średnia. Na dole mieściły się dwa duże pokoje z czego większy oddzielony był od kuchni jedynie murowanym blatem kuchennym. Łazienka niewielka, jasna z oknem wychodzącym na pobliski parking, a na piętrze mieścił się jeden pokój – mój. Niby był o połowę mniejszy niż ten poprzedni, ale mi to pasowało. Nie miałam tak dużo metrażu do sprzątania, a kiedy powiedziałam o tym mamie, roześmiała się wesoło.
Mimo zapoznania nowych znajomych nadal starałam się utrzymywać kontakt z Sarą. Umówiłyśmy się nawet, że wpadnie do mnie na jakiś weekend. Z Bartkiem niestety sytuacja wyglądała gorzej i od pamiętnego wieczoru, kiedy poszliśmy do łóżka, nie miałam o chłopaku żadnych wieści. Oprócz mojej przyjaciółki był jeszcze Tomasz, który pomagał przy przeprowadzce i co jakiś czas dzwonił aby dowiedzieć się, czy wszystko u nas w porządku. Tak naprawdę kiedy dowiedział się o całej sprawie z zabójstwem mojego nauczyciela, okazał mi dużo wsparcia i pomógł zarówno mi jak i Teresie. Znalazł dla mnie nowe, całkiem fajne liceum, mamie załatwił pracę, a teraz nawet przyjechał zobaczyć jak się urządziłyśmy.
Nie no, całkiem nieźle – rzekł opadając na kanapę w salonie. – Bardzo gustownie.
Czy ja wiem – Wzruszyłam ramieniem. – Chata jak chata.
Nie marudź, Lotte – odpowiedziała mama, stawiając przed mężczyzną kubek z ciepłą kawą. – To tylko tymczasowe, dopóki nie znajdziemy czegoś ładniejszego.
Znów poczułam się jak najgorsza w świecie osóbka. Niczym ten Lord Voldemort albo inne cholerstwo.
Jak podróż? – zwróciłam się do Tomka, chcąc jakoś odgonić te nieprzyjemne myśli.
Brunet uśmiechnął się przyjaźnie.
Byłbym wcześniej, ale na krajowej wypadek był i przez godzinę stałem w korku – powiedział. – Ale ogólnie dość dobrze się jechało.
Mama wyszła na chwilę do przedpokoju, a kiedy wróciła trzymała w dłoni swój beżowy, letni płaszczyk.
Poradzicie sobie beze mnie jakieś pół godziny? – zapytała. – Muszę podjechać na uczelnię, zaraz wrócę.
Tomek zerknął przez ramię na moją rodzicielkę.
Nie martw się – odpowiedział. – Załatw co musisz, Charlotte się mną zaopiekuje.
No jasne – zawołałam z uśmiechem. – Może zrobię coś do jedzenia, masz na coś ochotę?
Mama wycofała się do korytarza, a po dźwięku otwieranych i zamykanych drzwi domyśliłam się, że wyszła.
W sumie dawno nie jadłem spaghetti – rzekł Tomasz. – Takie z mięsem i dobrym sosem.
Mówisz i masz – odpowiedziałam, po czym wstałam.
Posiadanie tak zwanej otwartej kuchni miało pewną zaletę. Kiedy ty szykujesz coś do jedzenia możesz swobodnie rozmawiać z gośćmi lub innymi domownikami. Dlatego też kiedy ja zaczęłam przygotowywać to nieszczęsne spaghetti, Tomek mógł bez skrępowania siedzieć na kanapie, popijać kawę i prowadzić ze mną konwersację. Jednak nie spodziewałam się, że zacznie ze mną rozmawiać akurat na TAKIE tematy.
Jak się czujesz? – zagaił kiedy przyprawiłam mięso i zaczęłam rozgrzewać patelnię.
W porządku – odpowiedziałam. – W szkole jest okej, w domu też. Rozmawiałam z Sarą na Skype i mówiła, że może przyjedzie w odwiedziny.
Skinął głową na znak zrozumienia. Odstawił kubek na stół, podniósł się z kanapy i powoli przeszedł do kuchni.
Nie o to pytałem – rzekł i plecami oparł się o ścianę.
A o co? – Zerknęłam na mężczyznę.
Dopiero teraz zwróciłam uwagę, że wygląda jakoś inaczej. Czarne włosy nieco przyciął, zamiast garnituru miał zwykłe jeansy i czarny sweter, a piwne oczy były jakieś dziwne. Jedynie kilkudniowy zarost został ten sam.
Miałem na myśli, jak się czujesz z tymi wszystkimi kłamstwami – wyjaśnił.
Drewniana łyżka, którą trzymałam w dłoni o mały włos nie spadła na podłogę. W pierwszym odruchu chciałam zapytać o co mu właściwie chodzi, ale jedno spojrzenie, jeden kontakt wzrokowy wyjaśnił mi wszystko. Nie miałam po co udawać, chodzić w zaparte. Tomek doskonale wiedział co się wydarzyło w mieszkaniu Kulczyckiego. Mężczyzna dał krok na przód, a ja instynktownie cofnęłam się do tyłu.
Policja ci nie uwierzyła, Lotte – rzekł. – Od razu się zorientowali, że to historia grubymi nićmi szyta. Jednak na twoje szczęście jeden z gliniarzy, z którymi rozmawiałaś jest moim dobrym znajomym i miał wobec mnie bardzo duży dług.
Serce zaczęło mi walić jak szalone. Znów się cofnęłam, a czując na tyłku opór w postaci blatu niemal jęknęłam z bezsilności. To niemożliwe abym miała wolność tylko i wyłącznie dzięki Tomkowi!
Czego ty w zasadzie chcesz? – zapytałam, czując jak dłonie zaczynają mi się trząść.
Sięgnęłam do tyłu i odłożyłam łyżkę na blat, a brunet zbliżył się na tyle, że czułam jego oddech na twarzy. Oparł obie dłonie o szafkę w taki sposób, że znajdowałam się między nimi, a piwne oczy wydawały mi się niemal czarne.
Zabiłaś go – rzekł z krzywym, złowróżbnym uśmiechem. – Po prostu zastrzeliłaś. Niczym seryjny zabójca. Nigdy bym cię o coś takiego nie posądził.
To nie tak – wyjąkałam. – Ty nic nie rozumiesz, nie wiesz jak było.
Wiem – odpowiedział szybko. – Doskonale wiem jak było.
Nie kłamał i widziałam to w jego oczach. Całe moje życie znajdowało się w rękach tego mężczyzny i o dziwo wcale nie czułam się z tym dobrze.
Czego chcesz? – zapytałam, unosząc głowę i spoglądając pewnie w te ciemne oczy.
Nie chciałam by wiedział, że się boję. Nie chciałam by czuł się zwycięzcą.
To zależy od ciebie – mruknął, po czym przejechał dłonią po moim policzku.
Natychmiast przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz.
Nie rozumiem – wyjąkałam.
Mamy pół godziny, Charlotte – rzekł. – Co jesteś w stanie dla mnie zrobić, abym trzymał język za zębami?